poniedziałek, 5 stycznia 2015

Od Leyci

Wyszłam z pokoju i popędziłam do stajni, miałam dzisiaj tyle do zrobienia, w wejściu wpadłam na kogoś:
 - Przepraszam! - krzyknełam do chłopaka, chyba to był chłopak, ale już mnie nie było. Zaczełam czyścić Lidera i osiodłałam go. 
 - Gotowy na teren? - uśmiecham się do czarnego olbrzymka który szturcha mnie chrapami. Wyprowadzam go na zewnątrz i już jestem na jego grzbiecie. Poranny teren w zimową pogodę - magia! Jedziemy stępem, na razie nic się nie dzieję, przyśpieszam do kłusa aby za chwilę już galopować, nagle zza rogu wybiega inny koń a na nim jeździeć, to chyba nawet ten chłopak na którego wpadłam rano, jedno spojrzenie i już nasze konie pędzą przed siebie po niebezpiecznej trasie
 - Nie wygrasz z Liderem - śmieję sie do chłopaka. I pach nagle koń zatrzymuje się szorując zadem po ziemi i staje dęba - Lider? Co jest? - pytam usiłujac za wszelką cenę nie spaść z grzbietu konia, jego kopyta odbijają się od zmarzniętej ziemi i strzela wielkim bryknięciem do przodu, ja loduję tyłkiem na śniegu a koń pędzi dalej, po chwili zawraca i wraca do stajni inną trasą. No super teraz go nie złapie. Wyciągam z tylniej kieszeni papierosa i zaciągam sie kładąc się w śniegu, słysze jak tamten chłopak podjeżdża
 - Teraz musisz mnieodwieźć do stajni - mówię do niego, podnoszę głowę aby mu się lepiej przyjrzeć - Jestem Leyci.


Jakiś przystojniak?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz